Przemijanie nie boli. Inspiruje.

Ostatnio przeczytałam wszystkie swoje wpisy z tego bloga. Pierwszy powstał w październiku 2011, więc to już 3 lata jak sobie piszę tutaj. Aż mi dziwnie czyta się rzeczy, które pamiętam inaczej niż je zapisałam. Wpisy tworzone były na „świeżo”, z emocjami i patrzenie na te opisy z perspektywy czasu jest żenujące. Serio, ja to napisałam?
Mimo wszystko widzę swoje błędy, sytuacje, które mogłam rozegrać inaczej i jak wpłynęłoby to na moje dalsze życie. Wiem, że wcześniej pisałam tu o błahych rzeczach, prowadziłam w sumie dziennik niż blog personalny. Ostatnio lubię się powywnętrzniać, pogrymasić i ponarzekać. Przez pewien okres czasu tłumiłam w sobie te wszystkie emocje, co w sumie nie wyszło na dobre, więc nie chcę powielać tego błędu i mogę to polecić wszystkim.

Zauważyłam w sobie jeszcze jedną zmianę. Nie postępuję już tak pochopnie. W każdej dziedzinie życia. Wszystkie decyzje są przemyślane i zaprognozowane pod względem skutków i jak je później rozwiązać. Tworzę sobie w głowie takie drzewo sytuacji. Nawet głupie niepójście do szkoły, jest decyzją przeanalizowaną. Obecnie taka kompleksowa analiza sytuacji dotyczy mojego życia prywatnego niż „służbowego” jak ja to mówię. Ostrożnie tworzę relacje międzyludzkie, by potem nie okazało się, że nie mam na nie czasu. Doba stała się za krótka. Zagłębianie się w jakieś głębsze przyjaźnie czy nawet związki wymaga nie lada dojrzałości, poświęcenia i czasu. Sumiennie oddaję się moim obowiązkom, choć ostatnio mojej watasze ZŁB musiałam troszeczkę odmówić, bo nadchodzący egzamin zawodowy sprawia mi trochę kłopotów i zmartwień. Dlatego też, nie chcę się głęboko angażować w moją sferę prywatną, a tym bardziej wpuszczać do niej kogoś, kto może stać mi się kimś bliskim i ważnym. Nie chcę nikogo zawieść, więc wolę poświęcić się jednej sprawie porządnie niż kilku powierzchownie. Wtedy moja praca i praca innych nie miałaby jakiegokolwiek sensu.

Dobra, bo odbiegam od tematu. Tak sobie wspominam i wspominam i zauważyłam, że nawet nie opisałam nawet tak dla samej siebie moich wakacji. No bez jaj. Różnobarwny okres w moim życiu, a ani słowa tu o nim nie było. To może tak w skrócie, bo aż chce mi się pisać dzisiaj:

Moje wakacje zaczęły się 16 czerwca, kiedy o godzinie 11:30 dowiedziałam się, że część teoretyczną mojego egzaminu zdałam na 85%. Na drugi dzień szykowałam się na etap praktyczny, więc było więcej stresu i jak się okazało- niepotrzebnego. Był mega prosty i napisałam całość w 15 min (mieliśmy na to 2h). Od pierwszego lipca zaczęłam swój staż na stanowisku logistyka-spedytora w szanowanej na całej świecie firmie. Ekipa ciepło mnie przyjęła, pracowało mi się z nimi wspaniale. Nauczyłam się wiele potrzebnych mi w dalszej karierze rzeczy. Te 19 dni, które spędziłam w Hali D, magazynie wyrobów gotowych były jednymi z najlepszych w moim życiu. Tak zżyłam się z chłopakami, że w dniu pożegnania nie mogłam opanować łez. I kiedy tak przejazdem sobie wpadam do nich to czuć tę niesamowitą euforię. Jedyne czego żałuję, to to, że nie doczekałam się wtedy załadunku kontenera, co teraz znacznie ułatwiłoby mi przygotowanie się do egzaminu. No ale we wtorek to nadrobię.
Następnym takim mega elementem był mój trzeci w życiu Woodstock. Po krótce powiem, że wybawiłam się za wszystkie czasy, poznałam tyle nowych, pozytywnych twarzy. Wreszcie zobaczyłam się z Michałem. Ale najważniejszym elementem tego woodstockowego tygodnia było zobaczenie się z braćmi i ich rodzinami. Te małe rozbrykane szoguny mają charakterek po cioci. Spotkałam gwiazdy, które od dziecka chciałam poznać. Spotkałam Michała Żebrowskiego, złożył mi życzenia urodzinowe, dał autograf i zrobiliśmy sobie #selfie. Czego chcieć więcej. Spędzenie tych 3 dni bez jedzenia i spania było wielką przygodą, której zwieńczeniem był koncert Comy. Chłopaki przez swoją twórczość oddają w najbardziej poruszający sposób najbardziej banalne rzeczy. Ich muzyka nie uwalnia emocji. Ona je kumuluje. Słuchając każdego utworu w człowieku zbiera się niewyobrażalna ilość energii. Nikt nie wie w którą stronę się uwolni. Podczas koncertu rozbiegła się w każdym kierunku. Był śmiech, szczęście, były wspomnienia, a nawet łzy. To jest prawdziwa muzyka. Ona wszędzie znajduje swoje miejsce. Moje serce jest takim miejscem.
Kolejnym wyjazdem, był spontaniczny pomysł pojechania na Czad Śnieżka Festiwal w Straszęcinie k. Dębicy. Pojechałam tam z Michałem oczywiście ekskluzywnym pociągiem marki TLK. 15h w jedną stronę w ścisku i dzieckiem z ADHD. Już byłam tak wkurzona i zmęczona, że chciałam wracać do domu. Pociąg jak zwykle był opóźniony. Wysiadając z Dębicy nie mieliśmy zielonego pojęcia jak i gdzie dalej iść. Spotkaliśmy Natkę i Gosię, które miały ten sam problem i postanowiliśmy rozwiązać ten problem wspólnie. Jakoś dotarliśmy na miejsce, oczywiście nie bez przygód, kiedy to Gosia zaliczyła piękną glebę i rozwaliła nowe spodnie. Na polu namiotowym poznaliśmy, w sumie tylko ja i Michał, bo reszta się znała, Sebastiana, Dombka i Kleksa. Oprócz tego Krystiana i całą ekipię od Soku z gumijagód, której już dokładnie nie pamiętam. Koncerty jak zwykle były mega, ale w sumie cały festiwal spędziłam z Sebastianem, z którym odnalazłam wspólny język. Powrót był katorgą, zmęczeni niewyspani, czekaliśmy 12h na nasz pociąg. Całe szczęście ten nie był opóźniony i wysiadając w Choszcznie zdążyłam na rozpoczęcie roku szkolnego.
Całe wakacje przeplatane były oczywiście burzami, łowami i spędzaniem czasu ze wspaniałą ekipą ZŁB, jeśli pisanie na fb można nazwać wspólnym spędzaniem czasu. Nasza ekipa rośnie w siłę i dostaliśmy zaproszenia na wywiad radiowy i telewizyjny, z których skorzystaliśmy. Było wspaniale. Mimo incydentu z osobą, której nie chcę tu wspominać, te wakacje były jednymi z najlepszych w moim życiu. I z tego miejsca chcę podziękować wszystkim, dzięki którym one były takie a nie inne.

Ogólnie tworząc ten post, chciałam napisać zupełnie o czym innym, chciałam podzielić się z Wami zdjęciem, które 3 lata temu odkopaliśmy w rodzinnym zbiorze, albo nie rodzinnym, bo nikt nie wie skąd owe zdjęcie się wzięło.

 

Nie wiemy kiedy to zdjęcie powstało. Nie wiemy kto je zrobił. Wiem tylko, że leżało ono sobie na strychu, porzucone. Czas przemijał, a na zdjęciu przybywało kurzu. Ktoś upamiętnił, uwiecznił możliwe, że jeden z najważniejszych momentów swojego życia. Na pewno nie zrobił tego, by zdjęcie niszczyło się w zapomnieniu.
Zdjęcie jest piękne. Pokazuje nam prędkość przemijania. To znaczy ja je tak odbieram. Jest to odnośnik, punkt w ludzkim życiu. Czyimś życiu, bo przecież robot tego zdjęcia nie zrobił. Nie wiemy nic o historii tego zdjęcia i autorze i to jest właśnie piękne. Można snuć piękne i przerażające teorie, które mają niski procent prawdopodobieństwa. Pewnie nie raz wrócę do tego zdjęcia z kolejną teorią. Teraz już się zamykam, aby każdy mój zastanowić się, czy i jak to zdjęcie na Was oddziałuje.

 

  5 comments for “Przemijanie nie boli. Inspiruje.

  1. 22 października 2014 at 16:27

    Może trzeba zapytać Tomasza Jasińskiego?

    • Patka
      22 października 2014 at 16:40

      Heh, razem je odnaleźliśmy, kiedy zmniejszał rozmiar skanu dodał swoją sygnaturę. Przysiąc mogę, że autora nie znamy. 🙂

  2. 22 października 2014 at 18:46

    W całym wpisie spodobały mi się 4 ostatnie zdania. I chyba tylko one przyniosły za sobą chwilę refleksji. Czy na co dzień nie zachowujemy się podobnie? Możemy to odnieść jakby do wielu wielu sytuacji, znamy tylko część historii danego człowieka, a nasza wyobraźnia podpowiada nam resztę, ocenia go, jakby była wszechwiedząca. Ba, i to niezależnie czy tego chcemy czy nie.
    Swoją drogą ciekawa dokumentacja tego jak wyglądał kiedyś Paryż. Wieża Eiffela zdecydowanie bardziej podoba mi się bez tych migających świecidełek. Choć może luminacja nocna to teraz taki modny zabieg.

    • Patka
      22 października 2014 at 18:57

      Ale czy modne zawsze oznacza dobre?

  3. Sowi
    4 stycznia 2015 at 20:39

    Sentymentalizm, to słowo brzmi teraz dla mnie strasznie, ale zdjęcia zjawiskowe!
    Nie tyle zaskakująca jest treść, (bo wieża Eiffla stoi już od kilku stuleci 😉 ) chociaż samo w sobie, zdjęcie przypadło mi do gustu.
    Magiczne jest to, że samo, zapomniane, przesiedziało świadcząc o wycieczce do stolicy Francji. Jaki był cel tej podróży i tego zdjęcia? Nie wiemy…
    Jest świadkiem wyprawy- która nie jest znana, osoby- która też nie jest znana.
    To zdjęcie jest rozbudzającą zmysły tajemnicą. :3

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *